piątek, 2 maja 2008

iPod = iZolacja ?


Artykuł Tary Brabazon skłonił mnie do odgrzania kotleta, jakim jest strach przed społecznymi konsekwencjami tzw. nowych mediów. Dla konserwatywnych dziennikarzy i uczonych iPod stał się swoistym chłopcem do bicia, symbolem szeroko pogardzanej iPod culture: kultury konsumpcji, "iPodyfikacji" wszystkich sfer życia i izolacji. Dziennikarz Timesa, Andrew Sullivan, wyraża te obawy następująco:

Technologia dała każdemu z nas jego własny wszechświat, w którym nie ma już możliwości spotkania nieznajomego, usłyszenia utworu, którego sami byśmy nie wybrali, czy opinii, która mogłaby skłonić nas do zmiany zdania. Nastąpiła atomizacja poprzez małe białe pudełka i telefony komórkowe.

To, czego boi się Sullivan, Christine Rosen opisała jako egocasting: zjawisko spersonalizowanej konsumpcji na żądanie, niezrównanej kontroli nad przyswajanym przekazem. W skrajnej formie egocasting przypomina błąd konfirmacji: poszukiwanie tylko tych treści, które potwierdzają nasz punkt widzenia. Skutki są do przewidzenia: ograniczone wystawienie na obce treści, a w konsekwencji nietolerancja dla innych opinii, fetyszyzacja gustu i brak wspólnego kulturowego punktu odniesienia (bo skoro każdy słucha swojej ulubionej muzyki i czyta tylko wiadomości na portalach, z których profilem politycznym się zgadza, to trudno mówić o uczestnictwie w tej samej kulturze).

Krytycy kultury nowych mediów często też zwracają uwagę na to, że korzystając z iPoda czy internetu tracimy kontakt z "prawdziwym światem":

Przykuci do swojej składanki imprezowej, nie myśleli o tym, jak codziennie tracą godziny swojego życia (Brabazon)

Nie tak dawno temu byłem na wycieczce i zorientowałem się, że nie wziąłem swojego iPoda. Panika. Ale potem coś innego. Znów zauważyłem rytm innych, odgłosy samolotu, opinie taksówkarza (...) I poczułem się trochę bardziej "podłączony" i świadomy. Spróbuj. Gdzieś tam jest prawdziwy świat, który ma swoją własną ścieżkę dźwiękową (Sullivan).

Rzeczywiście, można mówić o personalizacji sfery publicznej, dokonującej się za sprawą wszechobecnych odtwarzaczy mp3. Jeden guzik pozwala "wyłączyć" świat wokół (a przynajmniej jego fonię) lub nadać mu zupełnie inny charakter (kto nie zna uczucia, gdy za sprawą ulubionej muzyki szara droga do pracy staje się ekscytującym planem teledysku). Słuchający muzyki przechodzą przez przestrzenie publiczne zachowując jednocześnie komfort bycia w swojej własnej bańce. Obudowani niewidocznym murem nie wchodzą w interakcje.

Nie trudno się domyślić, jakie przesłanie płynie z tych czysto spekulatywnych (bo o ile wiem nikt poza Michaelem Bullem nie przeprowadził dotąd badań na użytkownikach iPoda) artykułów: iPod to aspołeczna technologia, która wyrugowuje ludzi z uczestnictwa w sferze publicznej i prowadzi do atomizacji społecznej. Czyli nic nowego. Te same zarzuty pojawiały się wcześniej w odniesieniu do chociażby internetu czy walkmana. Poza tym, czy tak znowu często zdarza nam się rozpoczynać rozmowę z nieznajomym w autobusie? Raczej nie. W autobusowej sytuacji bliskości fizycznej przy braku bliskości psychicznej częściej pewnie sięgamy po iPoda jak po wybawienie od krępującej ciszy przerywanej krzykami dzieci. A to, że słuchamy tylko tego, czego chcemy? Czy nie jest to ochrona przed bombardującą nas zewsząd sieczką reklamowo-ideologiczną?

------------------------------------------------------

Tara Brabazon's article made me rehash the good old discussion about the social consequences of the so-called new media. For conservative journalists and academics the iPod has become sort of a whipping boy symbolizing the widely despised iPod culture: consummerism, iPodification of all activities and isolation. Times journalist, Andrew Sullivan, voices those concerns as follows:

Technology has given us a universe entirely for ourselves — where the serendipity of meeting a new stranger, hearing a piece of music we would never choose for ourselves or an opinion that might force us to change our mind about something are all effectively banished. Atomisation by little white boxes and cell phones.

What Sullivan fears, Christine Rosen calles egocasting: personalized on-demand consumption of content in which receivers excercises an unparalleled degree of control over what they consumes. In its extreme, egocasting shares some similarities with confirmation bias, a tendency to search for new information that confirm one's preconceptions and avoid information and interpretations which contradict prior beliefs. The consequences are fair enough: limited exposure to unwanted content which in turn leads to intolerance towards different ideas, fetishization of taste and lack of common cultural reference point (when everyone consumes highly personalized content, then it's hard to talk about a common ground or shared culture).


Those who criticize the culture of new media often point to the fact that by using an iPod or the internet we lose contact with „the real world”:

Locked into their party shuffle, they were not thinking about how hours of their lives were being lost each day. (Brabazon)

Not so long ago I was on a trip and realised I had left my iPod behind. Panic. But then something else. I noticed the rhythms of others again, the sound of the airplane, the opinions of the taxi driver (...) And I felt just a little bit connected again and a little more aware. Try it. There’s a world out there. And it has a soundtrack all its own. (Sullivan)

Indeed, the personalization of the public sphere by the omnipresent mp3 players is a fact. One button allows us to „shut off” the world around us (or at least its audio dimension) or change our perception of it (when a favorite song transforms the gray wold around us into a music video set). iPod people create their own “bubble” inside which they pass through the public spaces at the same time maintaining their own personal space. Invisible walls that they build around themselves protect them from engaging in unwanted interactions.

It's easy to guess what message Sullivan and the likes want to send. They view iPod as an anti-social technology that prevents people from engaging in the public sphere and leads to atomization. In other worlds, nothing new. It's all been said before about, say, the internet or Sony Walkman. And besides, how often do we engage in a conversation with a total stranger that just happens to be on the same bus? Not too often, I think. In a situation of psychological distance in physical closeness (like on a bus) we'd much rather grab our iPod in order to shut off the inconvenient silence pierced by children's screams. And the fact that we listen to personalized music? Doesn't that help us avoid being bombarded by all those media messages constantly targeting us from around?

Michael Scott



Michael Scott z amerykańskiej wersji serialu The Office to naprawdę kapitalna postać! Satyra na hipokryzję korporacyjnej Ameryki i jej szamotaniny o wyrugowanie niepoprawnych politycznie postaw z korporacyjnego życia. Szamotaniny będącej zresztą tylko grą pozorów i raczej skazanej na niepowodzenie.

Michael Scott to więc typowy biały Chrześcijanin, członek dominującej klasy w amerykańskim społeczeństwie, a do tego self-made man: mimo braku wykształcenia udało mu się o własnych siłach wspiąć po kolejnych szczeblach aż na menadżerski fotel. Brakuje mu kwalifikacji i posłuchu, do tego co i rusz popisuje się ignorancją i dyletanctwem, ale nie można mu odmówić dobrych chęci. Chcąc być postrzegany jako nowoczesny menadżer, stara się nawiązać nieformalne relacje z pracownikami oraz wprowadzać w życie dobrze widziane "nowinki" takie jak tolerancja, zarządzanie różnorodnością czy zasada inkluzji. Jednak jak bardzo by się nie starał dostosować do wytycznych korporacyjnej centali, jego uprzedzenia są tak głęboko wbudowane w tożsamość, że zawsze znajdą sposób by wyjść na światło dzienne, np. w formie pozornie niewinnego seksistowskiego komentarza czy krzywdzącego żartu.

Pokazuje to wyraźnie smutną prawdę (o której pisała m.in. Carol Lee Bacchi), że polityka nakierowana jedynie na eliminowanie dyskryminujących postaw na niewiele się zdaje. Trzeba raczej skupić się na prawdziwym źródle tych zachowań, a więc systemie relacji władzy (tak w firmie jak i w domu), który te zachowania pośrednio podtrzymuje i wytwarza. Michael Scott po dostaniu reprymendy za dyskryminację kobiet może i ugryzie się następnym razem w język, ale zdania na temat kobiet i ich miejsca nie zmieni. Wystarczy bowiem, że rozejrzy sie dookoła po swoim biurze, a znajdzie potwierdzenie swoich poglądów: zobaczy bowiem nieefektywne (bo zmęczone pełnoetatową pracą w domu), wyłączone z nieformalnych stosunków kobiety na typowo kobiecych pozycjach, np. recepcjonistki.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Michael Scott from The Office is a truly terrific character and one of my favorite lately. His character was conveived as s satire of the hypocrisy of corporate America and its struggles to eliminate its deeply sexist and racist attitudes, but only for the sake of appearances (which makes the struggle a rather losing battle).

Michael Scott is a typical white Christian/WASP and a self-made man also! He worked hard to make up for the lack of college degree and managed to climb up the corporational ladder and become manager of the branch. He surely lacks proper education and respect from the staff, often shows off his ignorance and lack of competence, but one can see that his intentions are good. He's also longing to be perceived as a modern manager who keeps up with time and its 'inventions' such as tolerance, diversity and inclusion principle. But however hard he tries to put into praxis all the guidelines from the corporate headquarters, his prejudice is so deeply engrained that it always finds a way to come out, be it through a sexist comment or a disgraceful joke

This clearly confirms the sad truth (see e.g. Carol Lee Bacchi) that policies aimed merely at eliminating discriminating attitudes of individuals (e.g. employers) are foredoomed to failure. What should be done is to focus on the very source of those attitudes, that is, the system of power relations (both in the workplace and at home) which indirectly creates and sustains those discriminating actions. If Michael Scott gets given a reprimand for discriminating women in the workplace, he might think twice before making a sexist comment in the future, but he won't change his mind about women and their role. One look around the office is enough for him to once again support his views on females and their traits. For all he will see is women who are uneffective (tired of working full-time at home), excluded from informal social relations and working on typicaly female positions, such as that of a receptionist.

niedziela, 11 listopada 2007

Fenomen personal style blogs



(zdjęcia: Style Bytes oraz Kajakowo)

Wydaje się, że po boomie na blogi z modą uliczną nastąpił istny wysyp personal style blogs, czyli takich, których zasadniczą treścią są zdjęcia upamiętniające codzienny strój autora. Te najstarsze (np. Style Bytes czy Style Bubble) rozwinęły się na gruncie prowadzonych wcześniej przez autorki blogów modowych. Nowsze mają już często wyraźny profil wardrobe'owy. Wiele z nich to też kontynuacje profili na Style Diary czy flickrowej grupie wardrobe_remix, zrzeszających "miłośników osobistego stylu".

Fenomen blogów i profili wardrobe'owych jest kolejnym policzkiem dla tych krytycznych (i sceptycznych) wobec istnienia zjawiska grupowości w internecie. Mamy tu bowiem przykład tętniącej życiem społeczności o wspólnych zainteresowaniach (moda, zakupy w sklepach ze starociami), własnych normach (np. unika się krytykowania prezentowanych strojów, a jeśli już, to podkreśla się subiektywność oceny - np. "ja założyłabym może inne buty") oraz więziach łączących osoby z różnych stron świata (ich wyrazem jest wzajemne komentowanie swoich wpisów czy wymienianie się ciuchami). Nie są to przy tym płaskie relacje, charakterystyczne dla grup połączonych jedynie zainteresowaniami. Właściciele personal style blogs dzielą się bowiem też zdjęciami i informacjami na temat swojego życia prywatnego (partnerzy, miejsce zamieszkania, praca, wyjazdy) a czasem także spotykają się w życiu offline.

UPDATE

Na międzynarodowej arenie blogów modowych coraz bardziej widoczna staje się polska reprezentacja. W jej wypadku o wiele łatwiej wskazać genezę całego zjawiska niż w przypadku bardziej czasowo i portalowo rozproszonej społeczności zagranicznej. Dla polskich Szafiarek (bo tak same siebie nazywają zainspirowane nazwą pierwszego polskiego personal style blog Szafa Sztywniary) wszystko zaczęło się na forum moda portalu gazeta.pl, gdzie dużą popularnością cieszyły się wątki polegające na wklejaniu zdjęć swoich zakupowych łupów lub codziennych strojów. Tam też wiele dziewczyn prowadzących później blogi poznało się i polubiło. Na forum moda przyszłe blogowiczki dawały też wyraz swojej fascynacji zagranicznymi blogami wardrobe'owymi wymieniając się ulubionymi linkami. Na przykładzie Szafiarek chyba jeszcze wyraźniej widać społecznościową naturę tego zjawiska. Autorki występują pod ogólnie zaakceptowaną nazwą "Szafiarki" (w zagranicznej blogosferze - zapewne z powodu jej rozmiarów - społeczność ta funkcjonuje równolegle pod kilkoma nazwami, m.in. Society Girls czy Wardrobe Remixers, które zresztą nie odnoszą się do identycznej zbiorowości), stworzyły też zamknięte forum na które wstęp mają tylko osoby zaakceptowane przez ogół. Szafiarki wymieniają się też ubraniami lub kupują sobie nawzajem niedostępne w niektórych miastach rzeczy. Zorganizowały również wspólnie akcję informacyjną na rzecz walki z Rakiem Piersi.

Popularność blogów wardrobe'owe tak jak i tych z modą uliczną wpisuje się w toczącą się od pewnego czasu dyskusję nad demokratyzacją mody. Skoro bowiem trendy dyktowane są bottom-up przez osoby o przeciętnej zasobności portfela, naśladować może je przysłowiowy Każdy. Właścicielki blogów wardrobe'owych stawiają na "własny styl" w miejsce ślepego podążania za modą, DIY oraz ciuchy z drugiej ręki zamiast tych od projektantów. Inna sprawa, że najpopularniejsze blogowiczki wyznaczyły swoisty "styl idealny", do którego dążą młodsze adeptki blogowania, przez co zamiast istnego modowego tygla mamy często do czynienia z wariacjami na temat tego samego.

Personal style blogs są też nowym źródłem informacji o trendach dla cool hunterów i marketingowców wszelkiej maści. Zamiast, jak dawniej, ruszać w teren po wnikliwym jego rozeznaniu w celu wyłonienia innowatorów w różnych środowiskach, dziś wystarczy obserwować najbardziej wpływowe blogi. Właściciele takich stron są też często rekrutowani przez agencje marketingu szeptanego do oceny produktów wprowadzanych na rynek. Jeśli ktoś wątpi w trendsetterską siłę oddziaływania niektórych blogowiczek, niech przyjrzy się temu, jak pod ich wpływem ewoluował styl polskich Szafiarek (np. tu). Prestiż niektórych blogowiczek jak i kraju ich pochodzenia bez wątpienia dodatnio wpływa na łatwość, z jaką dokonuje się dyfuzja trendów. Mimo to polskie blogi-szafy zachowują lokalny koloryt przejawiający się chociażby w tym, że częściej mówi się na nich o "lumpeksowych łowach" niż "vintage finds" (co wynika ze specyfiki polskiego rynku odzieży używanej, gdzie trafiają głównie przepatrzone już zagranicą ciuchy z sieciówek sprzed kilku sezonów).

wtorek, 16 października 2007

Vintage. Trend dekady.


(Afflecks Palace, Manchester; Beyond Retro, London)



W ostatnich paru latach w Polsce zawrotną karierę zrobiło słowo vintage. Żeby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do sesji modowych poczytnych magazynów, policzyć wyrastające jak grzyby po deszczu internetowe vintage sklepy (m.in. A&E Vintage Store, Vintage Shop czy Babooshka Store) czy przestudiować rosnącą częstość występowania tego słowa w opisie produktów na Allegro (inna sprawa, że w większości opisy te są nieuprawnione, stosowane do produktów zupełnie nowych lub używanych rzeczy sprzed kilku sezonów- ale to tylko wskazuje, jak silnym narzędziem marketingowym stało się samo słowo). Noszenie vintage stało się po prostu modne, ale samo zjawisko na pozór wymyka się rozpatrywaniu w kategoriach okresowego trendu. Wszystko przez otoczkę walki o indywidualizm i unikalność, jaka wokół niego narosła. Czy otoczka ta nie jest jednak fikcją i zwykłą post-racjonalizacją dla ulegania modzie?

Noszenie ubrań z tzw. drugiej ręki nie jest nowym zjawiskiem, dawniej jednak dotyczyło ono głównie niższych klas społeczeństwa, powodowanych zwyczajną koniecznością a nie jakąś wielką nostalgią. Subkultury XX wieku nadały temu zjawisku nowy wymiar, wykorzystując ubrania z drugiej ręki do kreowania kontrkulturowych stylów grupowych. Gdy jednak
najpopularniejsze top modelki lat '90 zaczęły paradować w vintage halkach i skórzanych kurtkach, jasne stało się, że alternatywne w zamyśle trendy zrodzone na ulicach stawały się powoli częścią szeroko pojętego mainstreamu. Za symboliczne zwieńczenie tego procesu można uznać otwarcie przez Top Shop i Urban Outfitters butików oferujących ubrania i dodatki vintage.

Skąd tak wielka popularność vintage? Po pierwsze, trend ten oferuje dość łatwą do zdobycia indywidualność, tak ważną dla uciekającego od masowości konsumenta. Kupowanie vintage jest wobec tego pogonią za unikalnością, subtelną rewoltą przeciw masowej produkcji i sposobem na zaprezentowanie światu swojego "ja". Po drugie - cena. W czasach, gdy "style is the new fashion", czyli posiadanie własnego,unikalnego stylu stało się po prostu modne, vintage stanowi tańszą alternatywę dla projektanckich butików czy szycia na miarę. Można wręcz argumentować, że szał na punkcie vintage wpisuje się w szersze zjawisko społeczne - demokratyzację mody. Okrzyknięte absolutnym szczytem smaku i fantazji vintage noszą bowiem zarówno największe gwiazdy, jak i zwykli śmiertelnicy. Oczywiście, pozostaje jeszcze motywacja związana z nostalgią za przeszłością i przekonaniem, że ubrania z minionych lat są po prostu lepsze - zarówno pod względem jakości jak i estetyki.

Paradoks polega na tym, że - jak Ruby Warrington pisze w artykule, który spowodował niezle zamieszanie w internecie - vintage stało się ofiarą własnego sukcesu:

Dziś co drugi sklep na Brick Lane we wschodnim Londynie wypchany jest szablonowymi koszulami kowbojskimi i sukienkami z nadrukiem. Rokit, który zaczynał jako jedyny w swoim rodzaju sklep z vintage, jest dziś najprawdziwszą sieciówką z czterema oddziałami w Londynie. Zamiast dodawać oryginalności, vintage stało się podstawą ubioru każdej bywalczyni Oxford Street. Gdy sieciowe sklepy w rodzaju Top Shop czy Urban Outfitters wykorzystały koniunkturę i otworzyły własne butiki z vintage, było już tylko kwestią czasu aż popyt przewyższył podaż i ceny poszły w górę.

Wydaje się, że rosnąca komercjalizacja vintage obraca powoli w fikcję powody, dla których stało się ono popularne. To, co dziś jest nam oferowane pod metką vintage, jest w najlepszym razie iluzją indywidualności. Możemy się też spodziewać, że ceny nadal będą pięły się w górę, zwłaszcza że słowo vintage stało się silnym narzędziem marketingowym służącym do podwyższania wartości produktu.

Zasadnicze pytanie dotyczy naturalnie przyszłości vintage. Czy jest to okresowy trend, który odejdzie uznany za przeszłość przez fashionistas? Czy też zostanie z nami na zawsze, jako alternatywne źródło ubrań i inspiracji? Jedna z głównych reguł coolhuntingu mówi, że odkrycie i komercjalizacja tego, co jest fajne dla wpływowych grup innowatorów, zabija tym samym fajność tej rzeczy. Gdy jakiś element jest nazbyt eksploatowany, znajduje się już w każdej szafie i sesji modowej, innowatorzy muszą wymyślić coś nowego. Jak pisze Warrington:

Bo gdy Victoria Beckham zaczyna robić zakupy w Oxfam, wiadomo, że mamy do czynienia z przebrzmiałym trendem.


------------------------------------------------------------------------------------------------


Within the last few years, the word vintage has become increasingly popular among the Poles. You can see that by looking at photo shoots in popular magazines, counting the ever-increasing number of online vintage stores (e.g.
A&E Vintage Store, Vintage Shop or Babooshka Store) or observing how popular the use of the tag vintage has become on Allegro (polish eBay). Wearing vintage has simply become fashionable, but the phenomenon itself falls outside the definition of a seasonal trend - all due to the ideology of individuality and uniqueness that lies behind it. But isn't this ideology a fiction and a post-rationalization for following fashion?

Wearing second hand clothing is not a new phenomenon but in the past it has mostly been the case for the lower classes of society driven by sheer necessity rather than grand nostalgia. Later, 20th-century subcultures added another dimension to second hand clothing by using it to create their unique looks. Trends that were born on the streets then influenced designers in a bottom-up way. You could tell that what once used to be counterculture was slowly becoming mainstream when 1990s fashion-savvy models started sporting vintage slips. The process has accelerated within the last decade with chain stores like Top Shop launching instore vintage boutiques and every fashion magazine using vintage garments in their photoshoots. And that's how what was primarily an alternative to fashion got swallowed by the fashion industry.


Now let's take a look at why vintage became popular in the first place. First of all, it offers individualility that is relatively easy to attain. All it takes is digging through piles of old clothes and using one's creative juices to pull off an outfit. Shopping vintage is therefore a search for uniqueness, a subtle revolt against mass-production and a way to reveal one's self. Secondly, it's cheap. In an era when style is the new fashion (that is, having one's own, unique style is considered fashionable) vintage stores are a cheaper alternative to buying designer stuff. Also, the recent vintage craze works well with a larger trend - the democratization of fashion. Vintage, which has been proclaimed the absolute height of style, is now worn by both celebrities and mere mortals. Then, last but not least, there is of course nostalgia for the past and a belief that clothes used to be better in the old days, both in terms of quality and aesthetics.

The problem is - as Ruby Warrington writes in an article that has caused quite a fuss on the internet - that vintage has become a victim of its own success:

These days, every other shop on Brick Lane in East London is stuffed with Identikit cowboy shirts and print dresses. Rokit, which started out as a one-off vintage shop, is now a high-street store in its own right, with four London branches. Yet, far from looking original, vintage is now a wardrobe staple of every Oxford Street wannabe. When high-street stores such as Topshop, Miss Selfridge and Urban Outfitters jumped on the bandwagon by launching instore vintage boutiques, it was only a matter of time before demand outstripped supply and prices soared.

It seems that with its growing popularity, the very reasons for vintage becoming a global hit have pretty much turned into fiction. What we're now offered under the tag 'vintage' is at its best an illusion of individuality. We can also expect that the prices will continue to rise, especially since the word 'vintage' became a powerful marketing tool to increase the value of products.


The question is, of course, what is the future of vintage? Is it a seasonal trend that will fade away deemed 'uncool' by the fashionistas or will it stay for good as yet another source of clothes and inspirations? One of the main rules of coolhunting says that discovering what's cool and thus making it mainstream causes cool to move on. Once something hits the highstreet, the innovators have to come up with something new. As Warrington puts it:

After all, when Victoria Beckham starts shopping in Oxfam, you know this is one trend that has had its day.